instant office in warsaw -
stało więcej domów, niż widział przez całe życie. Jednak przede wszystkim morze przyciągało jego spojrzenie. Powietrze miało ostry aromat. Niesiony wiatrem słaby przedsmak tej woni docierał do niego przez ostatnią milę. Dopiero teraz jednak, oddychając głęboko, po raz pierwszy w życiu wciągnął w płuca niezwykły zapach morza. Duch chłopca poszybował wysoko.
- Nareszcie - mruknęła ciocia Pol.
Silk zatrzymał prowadzący wóz, zeskoczył i podszedł do nich. Zsunął kaptur, a deszcz spływał po jego długim nosie i zbierał się w krople na spiczastym czubku.
- Staniemy tutaj, czy jedziemy do miasta? - zapytał.
- Jedziemy do miasta - oświadczyła ciocia Pol.
- Nie mam zamiaru spać na ziemi, kiedy w pobliżu czekają gospody.
- Uczciwi woźnice z pewnością szukaliby noclegu - zgodził się pan Wilk. - I ciepłej karczmy.
- Mogłam się tego domyślić - mruknęła ciocia Pol.
- Musimy się trzymać roli - Wilk wzruszył ramionami. Zjechali w dół. Kopyta koni ślizgały się i rozjeżdżały, gdy zwierzęta próbowały wyhamować ciężar wozów.
U bram miasta dwóch strażników w brudnych tunikach i pordzewiałych hełmach wyszło im na spotkanie z maleńkiej wartowni.
- Po co jedziecie do Darine? - zwrócił się jeden z nich do Silka.
- Jestem Ambar z Kotu - skłamał gładko instant
office in warsaw Silk. - Ubogi drasański kupiec, pragnący handlować w waszym wspaniałym mieście.
- Wspaniałym? - parsknął strażnik.
- Co wieziesz, kupcze? - wtrącił drugi.
- Rzepę - odparł z pogardą Silk. - Moja rodzina od pokoleń trudniła się handlem korzennym, a ja upadłem tak nisko, że sprzedaję rzepę - westchnął. - Świat staje na głowie, nie sądzisz, przyjacielu?
- Mamy obowiązek przeszukać wasze wozy - poinformował strażnik. - Obawiam się, że to trochę potrwa. - W taką deszczową pogodę - Silk współczująco podniósł głowę ku zachmurzonemu niebu. - Przyjemniej byłoby w jakiejś miłej gospodzie nawilżać ciało od środka.
-
To trudne, gdy brakuje pieniędzy - rzucił z nadzieją strażnik.
- Byłbym zachwycony, gdybyście przyjęli ode mnie drobny dowód przyjaźni, ku pomocy w nawilżaniu - zaproponował Silk.
- Jesteś niezwykle uprzejmy - strażnik skłonił się lekko.
Pewna ilość monet przeszła z ręki do ręki i wozy wjechały do miasta bez kontroli.
Oglądane ze wzgórza Darine robiło duże wrażenie, lecz już mniejsze, gdy toczyli się mokrymi ulicami. Budynki wydawały się identyczne, jakby wyniosłe i dumne, a ulice zaśmiecone i brudne. Ze słonym zapachem morza mieszała się woń zdechłych ryb, a twarze przechodniów były posępne i nieprzyjazne. Podniecenie Gariona wyraźnie opadło.
- Dlaczego
ludzie tutaj domena pl są wszyscy tacy nieszczęśliwi? - spytał pana Wilka.
- Mają surowego i wymagającego Boga.
- Jaki to Bóg?
- Pieniądze - wyjaśnił Wilk. - A to Bóg gorszy od samego Toraka.
- Nie opowiadaj chłopcu tych bzdur - wtrąciła ciocia Pol. - Tutejsi ludzie nie są naprawdę nieszczęśliwi, Garionie. Po prostu stale się spieszą. Mają wiele ważnych spraw i boją się spóźnić. To wszystko.
- Chyba nie chciałbym tu mieszkać - stwierdził Garion. - Miasto wydaje się bardzo smutnym i nieprzyjemnym miejscem - westchnął. - Czasem chciałbym wrócić na farmę Faldora.
- Są gorsze miejsca niż farma Faldora
- zgodził się Wilk.
Gospoda, jaką wybrał im Silk, stała w pobliżu doków. Zapach morza i ostra woń nabrzeża, gdzie woda styka się z lądem, były tu silniejsze. Sam zajazd był solidnym budynkiem, ze stajniami i szopą na wozy. Jak zwykle, parter zajmowała kuchnia i wspólna sala z rzędami stołów i wielkimi paleniskami. Na piętrze umieszczono pokoje gościnne.
- Odpowiedni lokal - stwierdził Silk, gdy wrócił do wozów po dłuższej dyskusji z oberżystą. - Kuchnia wygląda na czystą, a w pokojach nie zauważyłem robactwa.
- Sama sprawdzę - ciocia Pol zeskoczyła na ziemię.
- Jak sobie życzysz, pani - skłonił
domena pl -
|